Alice Munro „Miłość dobrej kobiety”

Alice Munro uznawana jest za mistrzynię opowiadania. Jej krótkie formy zbierają zawsze entuzjastyczne recenzje i Miłość dobrej kobiety nie jest tu wyjątkiem. Genialna przedstawicielka literatury kanadyjskiej, kobieta o niesamowitym wyczuciu i potężnym talencie. Zachęcona tymi rekomendacjami sięgnęłam po zbiór opowiadań, oblizując się na myśl o lekturze.

Jakież było moje rozczarowanie! Nie odważę się na stwierdzenie, że Munro pisze źle. Jej proza jest ciężka, ale ciężarem (chyba!) zamierzonym, z ogromną koncentracją na detalu i precyzją w oddawaniu nastrojów. Ani razu nie zdarza się jej popaść w cukierkowość czy pogoń za sensacją, te plagi powieści ery Hollywood. Niewątpliwie w kunsztownie opiłowanych opowiadaniach dominuje realizm, smutny, szary realizm. Oddając bogu co boskie a cesarzowi co cesarskie – świetny warsztat, wykorzystany do tworzenia brzydkich historii.

Przez pierwsze opowiadanie przebrnęłam praktycznie siłą woli, dopiero po którejś tam stronie dając się lekko zaciekawić fabułą. Następne w zbiorze są bardziej strawialne, ale nieodmiennie mroczne, w nieuchwytny sposób emanujące niepokojącą, wręcz chorą atmosferą. Dużo w nich nieszczęścia, obojętności, tragicznych zwrotów i małomiasteczkowej hipokryzji. Postacie pozostają dyskretnie podzielone na dobre i złe, a właściwie na złe i bardziej złe, bo ciężko tam znaleźć kogokolwiek uśmiechniętego, szczęśliwego, panującego nad swoimi demonami. Wszyscy nieodmiennie dają się pożreć szaleństwu bądź codzienności. Nawet opisy nie są lekkie i słoneczne, autorka z imponującą techniką opisuje to co brzydkie, zimne i przygnębiające.

Niewątpliwym plusem jest szczerość i bezpośredniość tego zbioru. Autorka nie cofa się przed używaniem słów, które mogą budzić niepokój albo siać kontrowersje. Bez śladu pruderii pisze o seksie, nawet o bardzo intymnych jego aspektach. Nie cenzuruje, nie obchodzi drażliwych tematów, nie zaciąga zasłony nad tym, co może zaniepokoić czytelnika. To wymaga odwagi, talentu i pewnej klasy.

Chwili zastanowienia wymaga konstrukcja opowiadań. Niektóre powiązania między scenami wydają się niejasne, a zakończenia najczęściej są rozmyte, mdłe. Trudno doszukać się jasnej pointy. Trudno zrozumieć, co właściwie autorka chciała nam przekazać. Można uznać to za celowy zabieg, ale jaki byłby jego cel? Przerost formy nad treścią? Czyżby? Może nadrzędną wiadomością jaką zawiera zbiór jest brak pointy? Że cokolwiek się nie zdarza, jest częścią egzystencji i nie ma fajerwerków, tylko człowieczeństwo?

Nie twierdzę że świat jest piękny i że szaleństwo nie bierze czasem góry nad jednostką, jednak nie podoba mi się świat według Munro. W jej rzeczywistości nie ma miejsca na optymizm i nadzieję. Ludzie są szarzy, jeśli kochają, to chorą miłością, bardziej obsesją niż budującym uczuciem. Jakiekolwiek szczere odruchy tłumione są przez poprawność, spontaniczność umiera w obliczu lęku przed oburzeniem sąsiadów. Bohaterowie dają się ponieść emocjom, nieodmiennie kończąc przy tym poranieni bądź zupełnie złamani psychicznie. Wielkie pasje zostają wyśmiane a potem zbagatelizowane jako chwilowa niedyspozycja. Ci, którzy zostają na polu bitwy są mądrzejsi, silniejsi, ale wcale nie szczęśliwsi. Ich z trudem zdobyta wiedza nie przekłada się ani na korzyści materialne, ani na poczucie wewnętrznej mocy.

Przyznać trzeba, że takie opowieści są prawdziwe. Żaden człowiek nie jest kryształowy, wszyscy mamy ciemne miejsca w psychice, momenty desperacji i słabości, momenty kiedy wściekłość i brud przeważa i doprowadza nas na krawędź, albo nawet poza nią. Zbyt wielu naokoło ludzi złamanych, zbrukanych, poza odkupieniem. To jednak nie znaczy, że ludzie nie mogą być piękni, radośni, szczęśliwi. Wolę wierzyć że miłość chora, patologiczna, niosąca ze sobą zniszczenie i ból to wyjątek a nie reguła. Że mimo koszmarów przez które każdy przechodzi w różnych momentach życia jesteśmy w stanie się podnieść i walczyć dalej. Zawsze próbować jeszcze raz. Czerpać radość z tego co dookoła nas piękne, choćby w obliczu przytłaczającej tragedii. Znaleźć w sobie odwagę by wyrwać się z niebezpiecznej sytuacji, uciec od toksycznych osób, które nas krzywdzą albo stanąć i podjąć walkę. Idealizm? Utopia? Może. Ale do tego powinniśmy dążyć jeśli chcemy zachować duszę przy życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.